Recenzja przedwydawnicza
Ocena, czy tekst jest gotowy do wydania i co trzeba zrobić, żeby był. Dostajesz mapę przepisywania: co nie działa, dlaczego, jak to naprawić i czego nie ruszać.
Recenzja · redakcja · korekta · skład
Nazywam się Inka Wojtczak i wraz z moim re:zespołem zajmuję się kompleksowym przygotowaniem książek do druku. Zaczynamy od recenzji maszynopisu, potem redagujemy tekst i robimy korektę, a na końcu przygotowujemy plik do druku i sprawdzamy go po składzie. Pracujemy z autorami, wydawnictwami i osobami, które wydają same.
Usługi
Możesz zamówić jedną usługę albo powierzyć nam całą książkę. Wtedy prowadzimy ją przez wszystkie etapy, od pierwszego czytania maszynopisu po plik gotowy do druku, a Ty masz jedną osobę do kontaktu. Poprawki nanosimy w Wordzie w trybie śledzenia zmian, więc widzisz każdą zmianę i każdą możesz odrzucić.
Ocena, czy tekst jest gotowy do wydania i co trzeba zrobić, żeby był. Dostajesz mapę przepisywania: co nie działa, dlaczego, jak to naprawić i czego nie ruszać.
Styl, logika, rytm zdań, spójność bohaterów i realiów. Sprawdzam fakty i podaję źródła. Celowe zabiegi autora zostają.
Ortografia, interpunkcja, fleksja i konsekwencja zapisu. Według zasad pisowni obowiązujących od 1 stycznia 2026 r.
Ostatnie czytanie na PDF-ie przed drukiem: literówki, dzielenie wyrazów, wdowy, sieroty, paginacja i spis treści.
Redaguję fragment, żebyś zobaczył lub zobaczyła, jak pracuję. Na tej podstawie oceniam tekst i przygotowuję wycenę.
Przygotowujemy książkę do druku i wersję e-book. Najkorzystniej w pakiecie z redakcją.
Z czym pracuję
Portfolio
Książki, nad którymi pracowałam: powieści, poradniki, antologie i książki dla dzieci, wydane w wydawnictwach i w self-publishingu. Ułożone alfabetycznie według autorów.





























Opinie o współpracy
Ince Wojtczak z pewnością nie umknie żaden błąd, nawet przy ekspresowym tempie pracy. Stały kontakt z autorem sprawia, że wszystko staje się jasne, a wprowadzone poprawki są wytłumaczone w prosty i logiczny sposób.
Współpraca z Inką to sama przyjemność i nie obawiałabym się podrzucić jej kolejnego tekstu do redakcji i korekty!
Odezwałam się do Inki po bardzo nieciekawych doświadczeniach z pseudo redakcjo-korektą. Nie bardzo wiedziałam wtedy, jak ten cały proces powinien wyglądać, a poprzednie współprace zakończyłam z niesmakiem. Inka potwierdziła moje wątpliwości i podjęła się wyzwania mimo dodatkowych trudności.
Wreszcie odczuwałam radość i entuzjazm, widząc maila z poprawkami, bo czułam, że ktoś poza mną wczuł się w tekst i naprawdę chce uczynić go lepszym. Nawet gdy poprawki do ostatniej kropki ściśle punktowały błędy, czułam pozytywną energię od Inki, co bardzo motywowało mnie do wzięcia się w garść i udoskonalania warsztatu.
Jeśli naprawdę zależy Ci na poprawie tekstu i wyłapaniu wszelkich błędów, nieścisłości, to Inka jest osobą, do której należy się udać. Ja jestem pewna, że przy kolejnych przygodach z pisaniem moje dzieła wylądują ponownie pod jej czujnym okiem.
Gdybym miał podsumować naszą współpracę, użyłbym słów: sprawna, profesjonalna i zaskakująco przyjemna. Jestem młodym autorem bez większego doświadczenia, tym bardziej cieszę się, że trafiłem na tak przyjacielską, a jednocześnie nieuległą moim dziwnym konceptom, redaktorkę.
Inka podeszła do całej sprawy z profesjonalizmem i rzetelnością, dowodzi tego ilość podkreślonych na czerwono fragmentów tekstu. Wiele wyniosłem z tej współpracy i szczerze nie potrafię znaleźć żadnych jej minusów.
Współpraca na relacji autor – redaktor/korektor przebiegła bardzo sprawnie. Sama praca nad tekstem przebiegła w ekspresowym tempie, a wprowadzone, jak i zasugerowane zmiany okazały się bardzo trafne i sprawiły, że poszczególne rozdziały nabrały nowej charyzmy i stały się lepsze w odbiorze dla przyszłego czytelnika.
Bardzo rzetelnie podeszła do tekstu, wyłapując wszystkie niespójności, na które my wcześniej nie zwróciłyśmy uwagi. Była to bardzo dobra, oparta na zaangażowaniu i przede wszystkim komunikacji współpraca.
Współpracę z Panią Inką mogę uznać nie tylko za udaną, ale i bardzo owocną. Pracując z tekstem, Pani Inka zwraca uwagę nie tylko na poprawność gramatyczną, ortograficzną i stylistyczną, ale także na jego warstwę logiczną, co wskazuje na uważne czytanie redagowanego tekstu. Ponadto doradza rozwiązania, które w moim przypadku ulepszyły tekst.
Nie bez znaczenia jest indywidualne podejście do autora i jego oczekiwań. Warto także zwrócić uwagę na punktualność. Jeśli coś miało być na poniedziałek, to było na poniedziałek.
Z Inką Wojtczak pracowało mi się genialnie. Bez zarzutu wypełniała wszystkie obowiązki należące do korektorki i z wyśmienitym humorem proponowała poprawki. Często zagłębiała się w fabułę na tyle, że nawet najdrobniejsze błędy zostawały eliminowane.
Zdecydowanym atutem pracy z Inką jest jej zaangażowanie w dany projekt, a także trafne wyszukiwanie informacji na potrzebny temat, aby projekt w wielu aspektach stawał się logiczny i spójny. Inka czerpała wiedzę nie tylko z wydawnictw poprawnościowych, lecz również od osób trzecich (specjalistów z różnych dziedzin), co tylko udowadnia jej zaangażowanie.
Po przepracowaniu kilku tekstów z innymi korektorkami dochodzę do wniosku, że praca z Inką była dla mnie najlepsza. Bez dwóch zdań polecam każdemu, kto chce, aby jego tekst wzniósł się na wyższe loty.
Współpracę z Inką uważam za jak najbardziej udaną i efektywną. Ma ona spore pojęcie o korekcie, wyłapuje błędy, których autor sam za błąd by nie uznał. Gdy nie jest czegoś pewna, sprawdza, upewniając się, że autor wie, o czym napisał.
Praca przebiega sprawnie, nie ma żadnych problemów, z którymi by sobie nie poradziła. Potrafi czepić się drobiazgów, ale to one sprawiają, że tekst jest coraz lepszy. Spod jej rączek wychodzą perełki. Jestem zadowolona ze współpracy.
Po korekcie Inki mój tekst zyskał na przejrzystości i spójności. Wszystkie zaproponowane przez nią zmiany były jak najbardziej trafne, a współpraca przebiegała bardzo sprawnie. Z pewnością nie bałabym się powierzyć Ince następnego mojego tekstu! :)
Fachowa, sprawna i konkretna korekta. Jestem zadowolony i serdecznie polecam!
Jak pracuję
Wystarczy plik .docx i kilka słów: co to za tekst, gdzie chcesz go wydać i na kiedy.
Czytam próbkę, oceniam, ile pracy wymaga tekst, i proponuję zakres. Czasem uczciwiej jest zacząć od recenzji niż od redakcji.
Zanim zacznę pracę, podpisujemy umowę. Zapisujemy w niej zakres, termin, cenę i zasady zapisu. Przy dłuższych zleceniach płacisz zaliczkę przed startem, resztę po kolejnych etapach.
Dostajesz plik z poprawkami w trybie śledzenia zmian i komentarzami na marginesie.
Odpowiadasz na moje komentarze, ja odpowiadam na Twoje. Zamykamy otwarte sprawy.
Ostatnie czytanie, a jeśli książka idzie do składu, także korekta po składzie.
Próbka pracy
Fragmenty prawdziwej redakcji i recenzji opowiadania „Tiyanak”, tak jak trafiają do autora: zmiany w trybie śledzenia i komentarze na marginesie.
To mój własny tekst. Redakcję i recenzję pokazuję na opowiadaniu, które sama napisałam. Teksty klientów zostają między nami.
Tiyanak_IW.docx · całe opowiadanie
Tiyanak
Do dzisiaj nie mogę pogodzić się z myślą, że mojego ojca nie ma już wśród nas. Miałem może pięć lat, kiedy uznał, że musi odpocząć1 i wyjechać na męską wyprawę. Choć z początku nie był przekonany co do tego pomysłu to, w pewnym momencie pod wpływem wujka Marka i mojej matki zmienił się z człowieka, który na każdym kroku widziwidział zagrożenie dla zdrowia i życia na, w takiego, który nie możemógł usiedzieć w jednym miejscu.2 Matka opowiadała mi później, jaki był wtedy podekscytowany. Jak, jak chodził po domu i planował ten wyjazd.
Pewnego dnia przyszedł do nas Marek, kolega tatyojca jeszcze ze studiów3. Przez te wszystkie lata, które minęły od czasu, gdy skończyli ekonomię, trzymali się razem. Rwali panny na imprezach, jeździli na weekendy w góry lub na ryby. Matka, nawiasem mówiąc bardzo wyrozumiała kobieta, nie tylko nie zabraniała muojcu tych wypadów, ale wręcz zachęcała go do tego, by od czasu4 do czasu zrobił coś dla siebie. Tak miało być i tym razem.5
– Siema, stary! Co powiesz na Filipiny? – zawołał już od progu podekscytowany wujek.
– Filipiny? To gdzieś w Azji Południowo-Wschodniej? – podjął temat ojciec.
– Dokładnie tak! OstatniePrzez ostatnie dwa lata oglądałem na YouTubeYouTubie gościa6, który spędził całą pandemię na Palawanie. Poczytałem trochę na ten temat i okazuje się, że już w marculutym Filipiny otwierają się na turystów7. A ja po prostu muszę odreagować to siedzenie w domu. Ile można?!
– Okeeej, ale jak ty to sobie wyobrażasz? Mam zostawić Gośkę i Huberta na… – zawiesił głos i poprawił okulary – właściwie to na ile ty chcesz tam jechać?
– Miesiąc.
– Czyś ty oszalał? Mam zostawić żonę i dziecko i włóczyć się gdzieś po świecie przez miesiąc? Chyba postradałeś rozum.
– Kto postradał rozum? – wtrąciła się matka, która właśnie weszła do pokoju. – O! Cześć, Marku. Dawno cię u nas nie było. Co słychać? Co u Basi?
– Cześć, Gosiu. Faktycznie jakoś zleciało. U mnie w porządku, a Baśka? Nie chcę więcej słyszeć tego imienia! – zdenerwował się. – Zdradziła mnie i właśnie zabiera swoje graty z mieszkania. Wyszedłem, bo nie miałem ochoty jej dłużej oglądać. Ma czas do mojego powrotu. Dlatego przyszedłem namówić twojego starego na wyjazd na Filipiny. Ale jak widzisz, właśnie mi ubliża.
– To świetny pomysł! Na ile mielibyście jechać?8
– Tak myślałem, że może na miesiąc?
– Kiedy?
– Chciałem jechać, jak tylko otworzą granice, bo jeszcze nie wpuszczają turystów. Aleeee jeśli twój zdziadziały małżonek uzna, że pasuje mu inny termin, jestem otwarty na negocjacje – mówiąc to, mrugnął. – Mrugnął porozumiewawczo do mojej matki.9
– W sumie… to nie jest taki zły pomysł, Szymek. Dzwoniła do mnie wczoraj moja siostra i zaproponowała, żebyśmy przyjechali do niej na Warmię na kilka dni10. Przekonywała, że świeże powietrze dobrze zrobi Hubertowi. Że będzie mógł bawić się ze zwierzętami, biegać po polu i po prostu cieszyć się dzieciństwem tak jak my kiedyś na wakacjach u babci. Co prawda powiedziałam jej, że raczej nie będziesz chętny, biorąc pod uwagę waszą ostatnią kłótnię… Więc gdybyś ty pojechał z Markiem, ja mogłabym pojechać do Iwony i spędzić z nią trochę czasu. Wiesz przecież, że nie widujemy się zbyt często. Z Jeleniej Góry do Braniewa jest ponad sześćset kilometrów. Siedemset! – powtórzyłapoprawiła się i zamrugała kilkukrotnie. – Nie mamy zbyt wielu okazji ku temu by się widzieć, właściwie to tylkoWłaściwie widujemy się tylko w święta.11 Jeśli o mnie chodzi, masz zielone światło.
– Czasami mam wrażenie, że waszym hobby jest zmawianie się przeciwko mnie za moimi plecami – odparł ojciec. – Marek przychodzi w skowronkach z jakimiś pomysłami od czapy, a ty mu przyklaskujesz. Dom wariatów normalnie.
– Ha ha! Szymon, przyjacielu! Ja z kolei nie mogę się nadziwić, jak tak piękna i mądra kobieta jak Małgosia wytrzymuje z takim marudą. Przychodzę więc uratować ją przed śmiercią z nudów przy „panu powaga i rozwaga”. – mówiąc to zrobiłZrobił palcami cudzysłów w powietrzu. – Trzeba12 od czasu do czasu zaszaleć, bo życie nie miałoby za grosz koloru! A sam widzisz, że Gosia wolałaby ten miesiąc spędzić z siostrą, a nie z tobą.
– Boże, widzisz i nie grzmisz. Dobra, zgadzam się. Ale nie dlatego, że Gosia nie chce mnie tutaj, tylko dlatego, że przemyślałem sprawę i mógłbym przywieźć z tej wyprawy kawał niezłego materiału. Kto wie, może naczelny w redakcji dałby mi stałą kolumnę”.13
– Spokojnie, spokojnie. Dla marud też na pewno znajdą się jakieś atrakcje.14
***
Kolejne miesiące upłynęły ojcu i Markowi na szczepieniach, i zakupach potrzebnego sprzętu, wszak ani jeden, ani drugisprzętu. Żaden z nich nigdy nie wyściubiałwyściubił nosa poza Stary Kontynent, więc tak na dobrą sprawęnaprawdę nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać.15 Niby czytali jakieś blogi o podróży na Filipiny, ale mój ojciec był zdania, że dopiero jak się człowiek przekona o czymś na własnej skórze, będzie wiedział „z czym to się je”. Dlatego kompletnie nie dowierzał w zapewnieniazapewnieniom wszelkiej maści podróżników z Internetu, że buty hikkingowetrekkingowe to zbytek,16 bo wszyscy chodzą w japonkach. „Japonki? Czy oni poszaleli? Przecież to najbardziej szkodliwe obuwie świata, o ile w ogóle o japonkachjaponki można mówić, że to buty, światanazwać butami. Każdy ortopeda Wamwam to powie!17”. Marek za każdym razem, gdy ojciec raczył go takimi mądrościami, przewracał oczami i śmiał się porozumiewawczo do mojej matkizerkał z rozbawieniem na moją matkę.18 Ta z kolei starała się wyplenić z niego marudę i zapewniała go, że na Filipinach japonki będą jego najmniejszym zmartwieniem. Bo z tego, co ona wyczytała w Internecie, wynika, że cholernie dużo tam wszelkiego rodzaju latającego i pełzającego dziadostwa, które tylko czeka na ofiarę z ludzkiej krwi. Dlatego kupiła zarówno ojcu, jak i Markowi porządny repelent.
I tak w kwietniupod koniec marca ojciec poleciał z Markiem Nana Filipiny. Tzn.A dokładniej: najpierw z Jeleniej Góry pojechali do Warszawy, skąd mieli lot do Dubaju, po czyma stamtąd, po ponad czterech godzinach, które spędzili spacerując spaceru po lotnisku, ruszyli w końcu ruszyli na podbój Manili.19 Postanowili, że zostaną zostać na kilka dni w Makati, śmiejąc się przy tym i śmiali się, że może od chodzenia po azjatyckiej strefie światowej finansjery, uda im się złapać, chodząc po finansowym sercu Filipin, złapią jakiś milion dolców, który przypadkiem wypadnie komuś przez okno.20
W tamtym czasie ojciec codziennie pisał dla mnie pamiętnikdziennik,21 który teraz leży bezpiecznie w pudełku z pamiątkami po nim. W pudełku jestJest tam też jedna z jego ulubionych koszulek. Nikomu o tym nie mówię, ale co roku w Dzień Ojca zakładam ją do spania. W ten sposób mamMam wtedy wrażenie, że ojciec znów ojciec przyjdzie do mnie wieczorem i powie, że pod łóżkiem nie ma żadnych potworów. Teraz sam mam trzydzieści lat i nie czuję się wcale dorosły.22 A już na pewno nie na tyle, by komukolwiek powiedzieć, że kurewsko brakuje mi ojca.23 Ale wróćmyWróćmy jednak do wyjazdu mojego ojca i do tego, jak to się stało,24 że Marek wrócił sam, a ja zostałem półsierotą.
Mówiłem Wamwam już o dzienniku, który ojciec dla mnie pisał. Pierwszy wpis jest jeszcze z Warszawy, ponieważ ojciec uznał, że filipińska przygoda zaczęła się już w momencie, gdy pożegnał się ze mną i z matką na podjeździe do naszego domuprzed naszym domem w Jeleniej Górze.
27 marca 2022 roku
Postanowiłem pisać ten pamiętnikdziennik dla mojego jedynego syna Huberta. Teraz ma pięć lat, ale pewnego dniakiedyś dorośnie,25 a pamięć ludzka jest ulotna. Dlatego spisującSpisuję dzień po dniu mój wyjazd na Filipiny, bo chciałbym aby, żeby ta przygoda zainspirowała go do tego, by pewnego dnia, by sam odważnie przemierzał świat. Przekraczał granice, nie tylko państwowe, ale również takieetakie, które sam sobie stworzy w głowie. Świat jest okrutny i tylko od niego zależy, jak sobie poradzi. Szczególnie, że mnie pewnego dnia zabraknie i nie będę mógł go dłużej chronić.
Nie jestem w stanie czytać tych zapisków na trzeźwo. Za każdym razem, gdy wpadam na, ten cholernie bolesny, pomysł by doń pomysł, żeby do nich zajrzeć, muszę się napić. A i tak za każdym razemI nawet wtedy łzy płyną mi z oczu niczymjak woda w wodospadzie Bulalacao26.
Swoją drogą, z tym wodospadem wiąże się świetna przygoda ojca i wujka Marka. Bowiem pewnegoPewnego dnia podczas zwiedzania wyspy, zwiedzając wyspę wynajętym terenowym samochodem, podjechalidojechali do miejsca, które wcześniej polecał im pewien tubylecpolecił im wcześniej ktoś miejscowy w barze. Tam zastali kilkoro Filipińczyków, w różnym wieku, (ojciec w swoim pamiętniku pisał, że „siedział dorosły mężczyzna otoczony czwórką dzieci”). Wraz z Markiem zapytaliZapytali, czy „tędy na wodospad” i po uiszczeniu opłaty dwudziestu pięciu filipińskich, zapłacili po dwadzieścia pięć pesos za osobęod osoby i ruszyli dalej.27 Z przewodnikiem. W postaci psa.28 Ojciec opisywał to tak:
5 KWIETNIAkwietnia 2022 ROKUroku29
Na miejscu zastaliśmy gromadę Filipińczyków. NaW prowizorycznej altance siedział dorosły mężczyzna otoczony czwórką dzieci. Podeszliśmy do niego i zapytaliśmy, czy trafiliśmy w odpowiedniewe właściwe miejsce (na Filipinach oznaczenia niby są, ale równie dobrze mogłoby ich nie być. Czasami są bardzo: bywają słabo widoczne lub, a szlaki prowadzą przez tak dzikie rejony, że dla własnego bezpieczeństwa lepiej się tam nie zapuszczać). Gdy potwierdził,Potwierdził i zapytał nas, czy chcemy iść z przewodnikiem. Zanim zdążyłem zapytać Marka czy chcemy przewodnikanaradzić się z Markiem,30 Filipińczyk gwizdnął i przywołał psa. Co najbardziej niesamowite, pies naprawdę zachowywał się jak rasowy przewodnik. Choć trzeba mu przyznać, że jegoczasem brała w nim górę psia natura czasami brała górę. Na przykład w momencie, gdykiedy podchodziliśmy pod dość stromą górę pełnąstrome zbocze pełne korzeni, i strąconych i połamanych gałęzi –, pies najpierw wbiegł, radośnie merdając ogonem na szczyt wzniesienia, by po chwili stanąć nań, stanął tam i merdając ogonem, czekaćczekał, aż wdrapiemy się w ślad za nim.31
Musicie przyznać, że to całkiem klawa historia.32 Pies przewodnik. Jednak ojciec w dalszej części wpisu ubolewał nad tym, że nie mieli z Markiem dla tego psa nic do jedzenia dla tego psa. Bo musicie wiedzieć, że. Bo psy na Filipinach są niczymjak duchy z gry komputerowej. Pojawiają się znikąd i straszą swoimi wygłodniałymi oczami.33 Nikt o nie nie dba, nikt się nie martwi ich losem. To znaczy na Filipinach są oczywiście są zarównoi weterynarze jak, i organizacje zajmujące się zwierzętami, ale w kraju, gdzie średnie miesięczne wynagrodzenie po opodatkowaniu wynosi około tysiąc trzystaw którym średnia pensja wynosiła wtedy niecałe półtora tysiąca złotych ciężko, trudno zadbać o siebie, a co dopiero o zwierzęta. Te jednakSame psy zdają się być pogodzone ze swoim losem. Jednak dla bardziej wrażliwych, ale dla wrażliwszych osób może to byćto widok łamiący serce.34 Ojciec w niektórych wpisach wspominał, że nie umiałpotrafił na to wszystko patrzeć i że kiedy tylko miałmieli okazję, dokarmiali z Markiem psy resztkami z obiadu. Możecie powiedzieć, że to niezbyt zdrowa dieta dla psa, ale pomyślcie tylko – to i tak więcej, niż te psy mogły dostać od lokalsów. W jednym z ostatnich wpisów ojciec napisał, że jeden z psów, który błąkał się niedaleko ich kwatery w Puerto Princesa, umarł na jegomu na rękach. I to jest cośŻe to coś, czego nigdy więcej nie chciałby oglądać. MęczyłPies męczył się godzinami, nie mającmiał nawet siły by skamleć. Po prostu powoli uchodziłyuchodziło z niego siły życioweżycie.35
Najciekawszy jest jednak wpis z czternastego kwietnia.36 Sami zobaczcie.
14 KWIETNIAkwietnia 2022 ROKUroku
Pojechaliśmy z Markiem by znaleźć dogodne miejsce do wylotu dronemposzukać dobrego miejsca, z którego mógłby puścić drona.37 Stanęliśmy przy lokalnym sklepiku, gdzie kupiliśmy sobie po butelce Royala. Marek zapalił papierosa, a ja raczyłem się zimnym napojem w promieniach filipińskiego słońca. Ruszyliśmy w dalszą drogę, aż Jechaliśmy dalej, aż w końcu znaleźliśmy dogodneodpowiednie miejsce do startu. Zaparkowaliśmy naprzy głównej drodze, która ciągnie się przez całą wyspę, między jakąś szkołą średnią a cmentarzem. Marek rozstawił się z lądowiskiem, a ja postanowiłem przespacerować się po okolicy. Miałem dla siebie jakieś dwie godziny, zanim Marek wymęczy wszystkie cztery baterie w swojej zabawce. Zbliżyłem się do cmentarza. Nie do końca wiedziałem, czy mogę tam tak po prostu wejść. Stałem na drodze i wpatrywałem się w nagrobki, rozmyślając nad tymo tym, jak kruche jest ludzkie życie.38 Te rozmyślania przerwał mi widok jakiejś latającejkartki fruwającej między mogiłami kartki. Latające. Fruwające śmieci to nie jest wcale rzadki widok. Również z uwagi na fakt, żenie są tu rzadkim widokiem. Kraj jest to kraj wyspiarski i dość biedny, więc śmieci utylizujeczęsto pali się w ogniskach.39 Za każdym razem, gdy widzimy czarny dym, żartujemy, że lokalna wersja „Jaka to melodia?” dotyczy nie utworów muzycznych, a palonych śmieci właśnie i kiedy wrócimypolega na zgadywaniu nie piosenek, tylko palonych śmieci, a po powrocie do Polski zatrudnimy się w Straży Miejskiejstraży miejskiej jako eksperci od wąchania gospodarstw domowych, którzy po zapachu sprawdzą, czy aby na pewno w polskichw piecach nie lądują plastikowe butelki. Ale odbiegłemOdbiegłem od tematu.40 Nie wiedzieć dlaczego ten latającyczemu ten fruwający kawałek papieru zafascynowałtak mnie tak bardzozafascynował, że nie bacząc na konsekwencje, postanowiłem go złapać.41 Na szczęście wiatr okazał się pomocny i już po chwili miałem ją w ręku kartkę. Napis na kartce. Tekst zaczynał się od słów: „Sa mga rural na lugar dito sa Pilipinas42 kalimitang may maririnig tayong mga usapan tungkol sa mga ligaw na ispirito, multo, aswang, o mangkukulam, at iba pang kwento ng mga engkanto. Nakikita man o hindi…”
Podekscytowany wróciłem do Marka i pokazałem mu moje znalezisko. Wspólnie ustaliliśmy, że musimy pokazaćUstaliliśmy, że pokażemy je naszej gospodyni – Jin, by pomogła, Jin – może pomoże nam przetłumaczyć tekst znajdujący się na kartce.43
Kiedy wróciliśmy, byłaNa kwaterze okazało się, że Jin jest zajęta, ale nakazała nam zostawićpoprosiła, żebyśmy zostawili świstek u siebieniej w biurze, i obiecała zająć się nim podczas przerwy, że zajrzy do niego w przerwie, około szesnastej. Tak też zrobiliśmy. Z racji, że doDo czwartej byłozostało jeszcze kilka godzin, więc pojechaliśmy zjeść44 asado siopao u przemiłego Filipińczyka45, który sprzedawał je przy jednej z ulic miasteczka.
Kiedy wróciliśmy, Jin przybiegła do naswybiegła nam na spotkanie bledsza, niż my byliśmy, kiedy przylecieliśmy na wyspę dwa i pół tygodnia temu przylecieliśmy na wyspę.46
– Skąd to macie? – zapytała.
– Znalazłem to na cmentarzu – odparłem, zgodnie z prawdą.
– To jedna z naszych legend. Opowiada o Tiynaktiyanaku, dziecku-demonie, które się nie urodziło lubalbo zmarło przed sakramentem chrztuchrztem. Legenda głosi, że Tiyanaktiyanak skrywa się47 w dżungli i wabi podróżnych. Kiedy wędrowcy słyszą płacz, podążają za nim, gubiąc się w gęstwinie, a kiedy docierają na miejsce, okazuje się, że to wcale nie jest „dziecko”. – Tu zrobiła cudzysłówZrobiła w powietrzu – Wędrowiec widzi wówczas, że to przemieniacudzysłów. – Wystarczy wziąć je na ręce, a zamienia się w krwiożerczego demona, który nie tylko wysysa zeńz ofiary krew, ale również i ją patroszy swoje ofiary.48
– Chryste. U nas w Polsce najstraszniejsze, co możesz usłyszeć to legendę o Smoku, to legenda o smoku wawelskim.49 Serio w to wierzycie? – zapytał z powątpiewaniem Marek, a mnie dreszcz przeszedł po całym ciele.
– Wiesz, Mark, trudno nie wierzyć w coś, co tłumaczy50 wiele zaginięć w regionie. Tu mieszkają dobrzy, ale niewykształceni ludzie.51 To się zmienia. Filipiny się zmieniają, ale pewne wierzenia nadal są żywe wśród ludności. Uważajcie na siebie!
– Dzięki, Jin. Będziemy.
Kiedy wyszła, Marek odezwał się do mnie:
– Niezła historia, co?
– Ciekawe, jak oni na to wpadli. Przecież to nie ma sensu. Krwiożercze dziecko? Pośrodku tego raju? Chyba słońce im za mocno przygrzało. – odpowiedziałem. Jednak podskórnie czułem, że te opowieści nie wzięły się z powietrza, braku elektryczności i dużej ekspozycji na światło słoneczne52.
Po tym wpisie, ojciec zdążył zapełnić jeszcze kilka stron. TegoO tym, co wydarzyło się później, dowiedzieliśmy się już od wujka Marka, w maju dwa tysiące dwudziestego drugiego roku.53
Wróciliśmy z matką kilka dni przed tym jak ojciec z Markiem planowali powrót z Filipinplanowanym powrotem ojca i Marka. Matka zajęła się ogarnianiem domu. Podczas, gdy my odpoczywaliśmy na Warmii, kurz nie miał urlopu i osiadł na wszystkim, na czym tylko mógł.54 Chciała, by ojciec wrócił z podróży do wysprzątanego domu. Jednak siódmego maja w drzwiach stanął tylko Marek. Wyglądał jak upiór. Krew odpłynęła z całej twarzy sprawiając wrażenieTwarz miał tak bladą, że wydawała się wręcz przezroczystejprzezroczysta, włosy miał w takimw kompletnym nieładzie, że nikogo zapewne nie zdziwiłoby gdyby okazało się, że jego skalp postanowiły skolonizować wszy, a i a wzrok miał dziwnie rozbiegany.55
– Cz-cz-cześć, Gosiu – przywitał się, jąkając.
– Cześć! Gdzie Szymon?
– Mogę wejść?
– Jasne, wejdź. Zrobię herbatę i poczekamy na Szymona. Pewnie jak zwykle czegoś zapomniał i musiał wrócić do auta.
Matka wprowadziła wujka Marka do saloniku i poszła zrobić herbatę. Gdy wróciła, Marek stał przy oknie i wpatrywał się w starą jabłonkę.
– Małgosiu, usiądź, proszę. Muszę ci powiedzieć Ci coś ważnego, ale nie wiem, od czego zacząć56, ja…
– Najlepiej od początku – ponagliła go i zajęła miejscepowiedziała i usiadła przy stole.57
– Szymas nie wróci. Został… został na Filipinach.
– Ale co ty opowiadasz?! Jak to nie wróci? Jak to został na Filipinach? Wkręcasz mnie! Gdzie on jest?
Marek uciekauciekł wzrokiem w bok i przez dłuższą chwilę milczymilczał. W końcu jednak zbierazebrał się na odwagę i z wielkim trudem mówipowiedział:58
– Proszę, nie utrudniaj. Muszę ci opowiedzieć Ci całą historię, ale zapewniam Cięcię, że Szymon już nie wróci. On… on został zaatakowany i nie żyje.
– Nie… nie żyje? Co się stało? – Matce zdążyła odpłynąć już cała krew z twarzyMatka pobladła, ale starała się trzymać.
Ja z kolei patrzyłem to na nią, to na Marka i nie wiedziałem, co się dzieje. Dlaczego mama jest zdenerwowana? Kiedy ją o to spytałem, odesłała mnie do pokoju, żebym się pobawił.59
– Pewnego dnia wybraliśmy się do dżungli. Przyznaję, to był mój pomysł. Pomyślałem, że być może nigdy więcej nie będzie okazji eksplorować tropikalnej florytropikalną florę i wyciągnąłem go na łażenie. – przerwał byPrzerwał, żeby złapać oddech. – Wiesz, że podczas naszych wypadów to właśnie lubiliśmy najbardziej. Włóczyć się po mieście albo biegać po lesie. Tak miało być i tym razem… - załamał– Głos mu się głoszałamał.
– No, i? – Ponagliła i? – ponagliła go matka, zaciskając pięści tak mocno, że palce stały się białe.
– Gosiu, proszę… – jęknął. – Nie przerywaj mi. To i tak jest bardzo trudne. Przekazywać ci te informacje. GdzieNa czym to ja… AhAch, tak,. Poszliśmy do dżungli.60 Zostawiliśmy samochód na jakiejś bocznej ścieżce i ruszyliśmy przed siebie. Straciliśmy poczucie czasu, aż nagle usłyszeliśmy płacz dziecka. Nie powinniśmy tam bylibyli tam iść. Jin nas ostrzegała. Mówiła o tym dziecku… Prosiła byśmy, żebyśmy uważali…
– Jakim znowu dziecku? Marek, co ty pleciesz za bzdury?
– Mam tutaj dziennik Szymona, będziesz go mogła sobie później na spokojnie przeczytać, ale w. W skrócie: Filipińczycy wierzą, że w dżungli mieszka dziecko-demon, którego płacz wabi wędrowców. Kiedy usłyszysz jego szloch, absolutnie nie powinieneś iść w kierunku, z którego dochodzi. Jednak my wbrew ostrzeżeniom Jin poszliśmy za jego zawodzeniem. Pomyśleliśmy, że to nie może być prawda. Że naprawdę jakieś dziecko może potrzebować naszej pomocy. Po południu pojechaliśmy na poszukiwania.61 Weszliśmy w dziką gęstwinę roślin. W pewnym momencie nie było wokół nas niczego oprócz zieleni, a wokół słychać było nawołujące się małpyz każdej strony dochodziły nawoływania małp. Zaczęło się ściemniać, a my w końcu je znaleźliśmy. Leżało na stercie liści bananowca. Było nagie i niemiłosiernie się darło. Myśleliśmy, że ogłuchniemy. Trudno było nam się nawet porozumiewać… musieliśmy do siebie krzyczeć. – przerwałPrzerwał na chwilę, żeby otrzeć spływającą po jego policzku łzę. I podjął ponownie – W pewnym momenciełzę z policzka. – W końcu Szymon stwierdził,62 że powinniśmy zabrać tego dzieciaka stamtąd. Robiło się coraz później, a to niemowlę było samo pośród niczego. Istniało ryzykoBał się, że małpy mogą zrobićzrobią mu krzywdę…63
– Co było dalej? – zapytała wzburzona matka.
– Szymon podniósł je i wtedy się zaczęło. Dziecko zamieniło się w najprawdziwszą strzygę. Twarz zestarzała się w ciągu sekundy. Wyrosły mu kły i pazury. WczepiłWczepiło się w niego jak jakaś pijawka64 i… – Markowi zaczęły drżeć ręce.
– Chryste…
– i… i najpierw przegryzłprzegryzło mu tętnicę, żeby wyssać z Szymona krew, a później rozharatałrozharatało mu brzuch i zacząłzaczęło bawić się jelitami,65 śmiejąc się przy tym jak… jak demon. To było naprawdę upiorne. Ja… ja… Gośka, nie wiem, jak mam cię przepraszać. Ja wiem, to moja wina… Gdybym go nie wyciągnął. Gdybym, gdybym… nie wymyślił tego głupiego wyjazdu, to Szymon nadal by żył. Jeśli jest coś, co mogę zrobić, dla ciebie, dla Huberta… dla Waswas… to po prostu mi o tym powiedz. Wiem, to nie wróci mu życia, ale…
– Jest coś, co możesz zrobić…
– Tak? – przerwał jejpodchwycił z nadzieją, że w choć w minimalnym stopniu będzie w staniezdoła się rozgrzeszyć się przed samym sobą.66
– Wynoś się i nigdy więcej tu nie przychodź – powiedziała martwym głosem.
– Ale, Gosiu…
– WYPIERDALAJ! Nie słyszałeś, co do ciebie powiedziałam? Wynoś się stąd i nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy! – Wpadła w histerię i zaczęła okładać go pięściami. – Wynoś się z mojego domu! Jak śmiałeś tu w ogóle przychodzić?!
***
Po tym wszystkim matka wpadła w depresję, a opiekę nade mną przejęli dziadkowie. Matka znalazłaZnalazła w sobie dość siły, by powiedzieć im, że ojciec zaginął. Nie była w stanie powiedzieć im prawdy.67 A oni do ostatnich dnikońca życia większość pieniędzy jakie udało im się zgromadzićoszczędności odłożonych na spokojną emeryturę przeznaczaliwydawali na poszukiwania mojego ojca na Palawanie.
Minęło wiele lat, dorosłem. Całkiem nieźle zdałem maturę i skończyłem studia. Wybrałem ekonomię, choć kompletnie mnie to nie kręci. Chyba chciałem w ten sposób oddać hołd mojemu ojcu. Żeby mógł być ze mnie dumny.
A teraz? Mam trzydzieści lat i właśnie wchodzę do lasu, w którym zginął mój ojciec.68
przekreślone usunęłam · podkreślone dodałam · zaznaczone komentarz na marginesie
Tiyanak_REC_IW.docx · fragment
Recenzja przedwydawnicza opowiadania
„Tiyanak”
Zacznę od tego, co działa, bo działa naprawdę sporo. W tym tekście jest naprawdę dobry pomysł i kilka scen, które działają od pierwszego czytania. Koszulka ojca zakładana do spania w Dzień Ojca to najlepszy akapit całości. Pies-przewodnik jest świeży i zapada w pamięć. Rama (dorosły syn z dziennikiem w pudełku, który na końcu wchodzi do tego samego lasu) ma potencjał na zakończenie, po którym czytelnik zostaje z dreszczem. Realia sprawdzone przy redakcji w większości się bronią: opłata 25 pesos przy wodospadzie Bulalacao, trasa przez Dubaj, Royal w sklepiku, siopao przy ulicy. Problem nie leży w pomyśle ani w świecie. Leży w tym, że najstraszniejsza część opowiadania dzieje się poza kadrem, a to, co dzieje się w kadrze, przez dwie trzecie tekstu jest obyczajową komedią.
| Poziom | Co |
|---|---|
| 1. Bez tego nie wysyłać | Co się stało z ciałem, z Markiem, z policją; skąd narrator zna rozmowę; rok narracji; chronologia |
| 2. Warto zrobić przy przepisywaniu | Groza w kadrze (ostatnie wpisy z dziennika); kartka z cmentarza; proporcje scen; ton |
| 3. Kosmetyka, na koniec | Powtórzenia, interpunkcja, archaizmy, zapis wpisów z dziennika |
Jak działa scena. Pierwsze zdanie robi swoje: ojca nie ma, czytelnik wie, że to opowieść o stracie. Potem jednak zamiast pociągnąć ten ton, tekst przeskakuje do anegdoty o tym, jak ojciec dał się namówić. Proponuję zacząć mocniej, od konkretu z teraźniejszości narratora (pudełko, dziennik, koszulka), a wizytę Marka podać krócej, jako wspomnienie.
Miałem może pięć lat, kiedy uznał, że musi odpocząć i wyjechać na męską wyprawę.
„Uznał” sam, a w następnym zdaniu okazuje się, że go namówiono i z początku nie był przekonany. Do tego „może pięć lat”, a narrator ma dziennik, w którym ojciec pisze wprost: „Teraz ma pięć lat”.
Jak działa scena. Cel: pokazać relacje i zawiązać wyjazd. Osiąga go, ale za długo i bez jednego sygnału grozy. 717 słów i 78% dialogu to więcej niż cała rozmowa o śmierci. Proponuję skrócić o jedną trzecią (wyleci m.in. podwójne „Czyś ty oszalał? / Chyba postradałeś rozum” i dyskusja o terminie) i zasiać jedno ziarno: choćby film z YouTube'a o Palawanie, w którym w tle słychać płacz, albo żart Marka o „dzikich plemionach”, który później wróci.
Kto wie, może naczelny w redakcji dałby mi stałą kolumnę”.
Pierwsza wzmianka, że Szymon jest dziennikarzem, a chwilę wcześniej skończył ekonomię. To się da pogodzić, ale warto zasiać wcześniej. I to jest prezent: dziennikarz pisze dziennik i chce z tego zrobić reportaż. To uzasadnia styl wpisów, który teraz brzmi bardziej jak blog niż jak list do pięcioletniego syna.
W tamtym czasie ojciec codziennie pisał dla mnie pamiętnik, który teraz leży bezpiecznie w pudełku z pamiątkami po nim. W pudełku jest też jedna z jego ulubionych koszulek. Nikomu o tym nie mówię, ale co roku w Dzień Ojca zakładam ją do spania. W ten sposób mam wrażenie, że znów ojciec przyjdzie do mnie wieczorem i powie, że pod łóżkiem nie ma żadnych potworów. Teraz sam mam trzydzieści lat i nie czuję się wcale dorosły. A już na pewno nie na tyle, by komukolwiek powiedzieć, że kurewsko brakuje mi ojca.
Jak działa ten akapit. To serce opowiadania. Dorosły mężczyzna, który nie czuje się dorosły, koszulka w Dzień Ojca, potwory pod łóżkiem. Zostawić bez zmian. Jedyna uwaga: to jest najlepsze otwarcie, jakie ten tekst ma. Rozważ, czy nie przenieść go na sam początek. I jeszcze jedno: ojciec mówił synowi, że potworów nie ma, a sam zginął z ręki potwora. Jeśli to nie było celowe, to tym lepiej, bo działa. Warto do tego wrócić w ostatnim akapicie.
… dalej w recenzji: omówienie wszystkich scen, logika i research, narracja, dynamika, ocena potencjału, oś czasu, karty postaci i lista fragmentów do ochrony.
Zasady
Nie poprawiam z dobrego na dobreJeśli coś jest kwestią gustu, proponuję i zostawiam decyzję Tobie. Jeśli to błąd, nie negocjuję.
Konsekwencja przede wszystkimZapis liczb, dialogów i wyróżnień ustalamy na początku i trzymamy się go do ostatniej strony.
Piszę komentarze jak czytelniczkaKrótko i konkretnie, często pytaniem. Tam, gdzie się gubię, Twój czytelnik też się zgubi.
Twój tekst zostaje między namiNie udostępniam maszynopisów nikomu poza osobami, które nad nim pracują.
Cennik
Dokładną kwotę podaję po przeczytaniu próbki, bo zależy od tego, ile pracy wymaga tekst. Krótkie teksty rozliczam za stronę, książki za arkusz.
| Usługa | Za stronę | Za arkusz |
|---|---|---|
| Recenzja przedwydawnicza | od 35 zł | od 350 zł |
| Redakcja | od 25 zł | od 250 zł |
| Korekta | od 20 zł | od 200 zł |
| Korekta po składzie | od 15 zł | od 150 zł |
| Skład i przygotowanie do druku | wycena indywidualna | |
Masz firmę lub wydawnictwo?
Zapytaj o ofertę dla firm. Przy stałej i dłuższej współpracy warunki ustalamy indywidualnie.
1 strona = 1800 znaków ze spacjami · 1 arkusz wydawniczy = 40 000 znaków ze spacjami (ok. 22 strony)
O mnie
Redakcją zajmuję się od 2022 roku. Z wydawnictwem Luna współpracuję od 2025 roku, a od 2026 roku jestem tam redaktorką prowadzącą i poprowadziłam już ponad 10 tytułów. Mam na koncie ponad 50 opracowanych książek (redakcje, korekty, korekty po składzie i recenzje) oraz ponad 100 opowiadań i tekstów użytkowych, takich jak instrukcje i regulaminy. Prowadzę też Pracownię RE:STORY, w której razem z re:zespołem przygotowujemy książki do druku.
Redaguję prozę, wspomnienia, poradniki, przekłady i teksty dla dzieci, piszę też recenzje przedwydawnicze. Przy większych projektach pracuję z re:zespołem, dzięki czemu mogę poprowadzić książkę od maszynopisu aż do pliku do druku.
Kontakt
Dołącz tekst albo jego fragment i napisz, czego potrzebujesz. Odpowiem z propozycją zakresu i wyceną.
Wolisz napisać maila? Pisz śmiało na adres:
Uznał sam? Zdanie dalej się okazuje, że go namówili i z początku nie był przekonany. Albo „kiedy dał się namówić”, albo przebudować. I drobiazg: „może pięć lat”, a ojciec w dzienniku pisze wprost, że syn ma pięć. Narrator ma ten dziennik w pudełku, więc nie musi zgadywać.
Zmienić się z kogoś w kogoś (nie „na”). I czas przeszły, bo mówimy o ojcu sprzed lat.
Wszędzie indziej narrator mówi „ojciec”. Jedyna „mama” pojawia się w scenie, w której Hubert jest pięciolatkiem, i tam to działa, więc tutaj ujednolicam.
„Mu” – ostatni wymieniony mężczyzna to Marek, a chyba nie jemu matka pozwalała na wypady.
To samo zdanie wraca w ustach Marka tuż przed opowieścią o śmierci. Jeśli to celowa klamra, jest świetna. Jeśli przypadek, to też ją zostaw, tylko świadomie.
Odmieniamy: na YouTubie. W dialogu można zostawić „na YouTube”, jeśli to celowa potoczność Marka.
Filipiny otworzyły się dla zaszczepionych turystów z krajów bez obowiązku wizowego (Polska do nich należy) 10 lutego 2022 r., nie w marcu: https://www.ttgasia.com/2022/01/28/the-philippines-reopens-to-vaccinated-tourists-on-february-10/
Przy okazji: Polak może tam być bez wizy 30 dni. „Miesiąc” Marka pasuje idealnie, ale wyjazd trwa od 27 marca do początku maja, czyli ponad pięć tygodni. Albo przedłużenie pobytu w Biurze Imigracyjnym, albo skrócić wyjazd.
Marek mówi przed chwilą, że żona go zdradziła i właśnie się wyprowadza, a Gosia od razu: „To świetny pomysł!”. Ani słowa o Basi? Ta sama Gosia, która pytała „Co u Basi?”. Jedno zdanie współczucia i będzie po ludzku.
„Mówiąc to” jest zbędne, wiadomo, że mówi. A skoro nie ma czasownika mówienia, to osobne zdanie wielką literą.
Na kilka dni? Ojciec jedzie na miesiąc, Marek mówi, że Gosia „wolałaby ten miesiąc spędzić z siostrą”, a później wracają z Warmii tuż przed powrotem ojca. Wychodzi miesiąc, nie kilka dni.
Nie powtórzyła, tylko się poprawiła. Odległość się zgadza: drogą wychodzi mniej więcej 650–700 km (szacowałam przez Wrocław, Poznań i Gdańsk, sprawdź jeszcze w mapach, jeśli chcesz mieć pewność). A potem dwa razy to samo: „nie widujemy się zbyt często” i „nie mamy zbyt wielu okazji”, w dodatku z „zbyt” dwa razy. Skróciłam.
Brakowało półpauzy, która wraca do wypowiedzi Marka. Bez niej „Trzeba od czasu do czasu zaszaleć” czyta się jak narrację.
Zabłąkany cudzysłów. A przy okazji: to pierwsza informacja, że Szymon jest dziennikarzem. Po ekonomii? Może, ale warto to zasiać wcześniej, choćby jednym słowem w drugim akapicie.
Kto to mówi? Pewnie Marek, ale Szymon właśnie się zgodził i nic nie marudzi, więc „spokojnie, spokojnie” nie ma czego uspokajać. Dodałabym didaskalia albo przestawiła tę kwestię.
„Wszak” niczego tu nie wyjaśnia: kupowali sprzęt, bo nigdy nie wyjeżdżali? Rozdzieliłam na dwa zdania.
Szczepienia to dobry realny szczegół: w 2022 r. na Filipiny wpuszczano tylko w pełni zaszczepionych na COVID, z negatywnym testem PCR zrobionym najwyżej 48 godzin przed wylotem (link jw.). Można to wykorzystać w scenie, a nie tylko wymienić.
Dowierzać komuś/czemuś, bez „w”. A „hikkingowe” po polsku to trekkingowe (jeśli upierasz się przy angielskim, to przynajmniej „hikingowe”, przez jedno k).
„Świata” zgubiło się na końcu wtrącenia, a wtedy żart nie trafia.
Akapit wcześniej Marek „mrugnął porozumiewawczo do mojej matki”. Drugi raz to samo i w tym samym brzmieniu.
W kwietniu? Pierwszy wpis w dzienniku jest z 27 marca, z Warszawy. Do tego „Tzn.” w narracji literackiej nie może zostać.
Trasa się broni: Emirates lata z Warszawy do Dubaju i z Dubaju do Manili.
Makati to centrum biznesowe Manili, ale „azjatycka strefa światowej finansjery” to raczej Singapur i Hongkong. Żart zostaje, tylko w skali, która się broni.
Pamiętnik czy dziennik? W tekście jest raz tak, raz tak. Ojciec pisze codziennie, z datami, więc to dziennik. Ujednoliciłam w całym tekście.
Uwaga, matematyka: w 2022 r. Hubert ma pięć lat, więc trzydziestkę skończy około 2047 r. Narrator opowiada z przyszłości, a w tekście nie ma ani jednego śladu tej przyszłości (YouTube, Internet, „Jaka to melodia?”). Albo to świadoma decyzja i wtedy jakiś drobny sygnał czasu, albo trzeba przesunąć daty. Szerzej w recenzji.
Najlepszy akapit tekstu. Koszulka w Dzień Ojca i potwory pod łóżkiem – zostawić bez zmian.
„Ale” na początku zdania w narracji.
„Pewnego dnia” pada w tekście sześć razy, w tym akapicie trzy. Dwa wymieniłam, a ostatnie zostawiłam, bo „mnie pewnego dnia zabraknie” to najmocniejsza zapowiedź w całym opowiadaniu.
„Doń” to archaizm i do tego liczba pojedyncza, a zapiski są w mnogiej. „Za każdym razem” było dwa razy.
Większy problem: to porównanie istnieje chyba tylko po to, żeby przejść do wodospadu, i to widać. W jednym zdaniu jest alkohol i łzy, a w następnym „świetna przygoda”. Przejście jest za ostre.
Wycięłam altankę i czwórkę dzieci, bo to samo, słowo w słowo, jest we wpisie poniżej. Czytelnik dostawał tę scenę dwa razy. „Bowiem” nie otwiera zdania, a „tubylec” brzmi kolonialnie.
Fakt się zgadza i to bardzo ładnie: przy wodospadzie Bulalacao w El Nido na początku szlaku płaci się 25 PHP rodzinie, która dba o ścieżkę (i jeszcze 50 PHP przy samym wodospadzie): https://benjielayug.com/2015/12/bulalacao-falls-small-fall-el-nido-palawan.html
Zostawić. Świetny rytm.
Ujednolicone do pierwszego nagłówka. Do tego wpisy są składane różnie: pierwszy prostym pismem, wpis z 14 kwietnia w połowie przechodzi w kursywę. Wybierz jedno (proponuję kursywę dla całego dziennika, bo to cytat) i zastosuj do wszystkich wpisów.
Trzy razy „zapytać” w trzech zdaniach. I to nie oznaczenia prowadzą przez dzikie rejony, tylko szlaki.
Dwa razy „merdając ogonem”, „nań” i „trzeba mu przyznać” (to się mówi przy komplementach, a tu jest zarzut).
A logicznie: to wcale nie jest przykład psiej natury, tylko książkowe zachowanie przewodnika. Psia natura byłaby wtedy, gdyby zniknął w krzakach za jaszczurką i kazał na siebie czekać.
„Klawa” w ustach trzydziestolatka z około 2047 roku? Chyba że to celowe i Hubert mówi słowami ojca. Wtedy fajnie, ale niech czytelnik to wyczuje.
Drugie „musicie” w trzech zdaniach.
Liczby: filipiński urząd statystyczny podaje za 2022 r. średnią płacę miesięczną 18 423 PHP (pracownicy na pełen etat): https://www.philstar.com/business/2023/09/25/2298719/average-monthly-wage-double-digits-2022-pilots-top-earners. Przy kursie z wiosny 2022 r. (ok. 12 PHP za złotówkę) wychodzi około 1500 zł. Rząd wielkości miałaś dobry, ale „po opodatkowaniu” usunęłam, bo źródło tego nie rozstrzyga.
Czas przeszły, bo narrator mówi to z perspektywy ponad dwudziestu lat. Do tego „około tysiąc trzysta” powinno być „około tysiąca trzystu”, „zdają się być” to kalka z angielskiego, a „jednak” stało dwa razy pod rząd.
„Siły” dwa razy, a „męczył się” bez podmiotu brzmi, jakby chodziło o ojca.
I realia: ojciec bierze na ręce umierającego bezpańskiego psa w kraju, w którym na wściekliznę umiera ponad 200 osób rocznie (w 2022 r. do października 284: https://news.abs-cbn.com/news/10/14/22/philippines-rabies-deaths-rise-to-284). Każdy czytelnik, który był w Azji, od razu o tym pomyśli. To może być świetny materiał: strach, szczepienie, wizyta w szpitalu. Albo choćby jedno zdanie, że o tym wiedział.
14 kwietnia 2022 r. to był Wielki Czwartek (Wielkanoc wypadła 17 kwietnia). Na katolickich Filipinach Wielki Tydzień to wielkie święto: procesje, zamknięte urzędy i szkoły. Szkoła średnia przy cmentarzu raczej była pusta. To okazja na klimat, którego teraz nie ma.
„Dogodne miejsce” pada dwa razy w czterech zdaniach. Dron lata, a nie wylatuje.
„Jak kruche jest ludzkie życie” to banał, a do tego zbyt głośna zapowiedź. Lepszy byłby konkret: co on widzi? Filipińskie cmentarze wyglądają zupełnie inaczej niż polskie (grobowce jak domki, nisze w murach, kolorowe farby). Jedno zdanie takiego obrazu zrobi więcej niż refleksja.
„Widok” dwa razy, „z uwagi na fakt” to urzędniczy styl, a „utylizuje się w ogniskach” to eufemizm godny rzecznika prasowego.
„Eksperci od wąchania gospodarstw domowych” brzmi, jakby chodzili po domach i obwąchiwali domowników 😉 Żart jest dobry, tylko za długi.
Jakie konsekwencje? Że wejdzie na cmentarz, choć nie wie, czy wolno? Jeśli tak, to powiedz to wprost, bo to jest dokładnie ten moment, w którym zaczyna się groza: przekracza granicę, której nie powinien.
Moje robocze tłumaczenie (do sprawdzenia przez kogoś, kto zna tagalski): „Na wsiach tu, na Filipinach, często słyszymy rozmowy o błąkających się duchach, upiorach, aswangach czy czarownikach i inne opowieści o engkanto. Widzialnych czy nie…”.
Dwie sprawy. Po pierwsze: skąd ten tekst? Nie znalazłam go w sieci. Jeśli jest z jakiegoś źródła, trzeba je podać. Po drugie: to brzmi jak wstęp do szkolnego wypracowania o folklorze, w ogóle bez tiyanaka. Dlaczego Jin blednie na widok czegoś takiego? Szerzej w recenzji.
Jin to imię raczej koreańskie albo chińskie. Filipinka może się tak nazywać (choćby jako zdrobnienie), ale czytelnik się potknie. Celowo?
Trzy akapity pod rząd zaczynają się od powrotu: „wróciłem do Marka”, „Kiedy wróciliśmy”, „Kiedy wróciliśmy”. Gospodyni nie nakazuje gościom, tylko prosi, a „u siebie” w tym zdaniu odnosi się do nich, nie do niej. „Z racji, że” to błąd.
Brakowało spacji po odsyłaczu przypisu. Komentarz do przypisu 3: poprawiłam jego treść. Siopao asado to bułeczka na parze nadziewana asado, czyli duszonym na słodko mięsem, najczęściej wieprzowiną (nie kurczakiem ani wołowiną): https://panlasangpinoy.com/how-to-make-home-made-siopao-asado-recipe/. „Kluska” sugeruje polską kluskę, a to raczej pampuch.
Żart z bladych Polaków świetny, zostawić. Ale policzmy: wylot z Warszawy 27 marca, przesiadka, Manila najwcześniej 28–29 marca, potem „kilka dni w Makati”. Na Palawanie są więc najwcześniej 1–2 kwietnia, a do 14 kwietnia wychodzą niecałe dwa tygodnie.
„Tiynak” to literówka. A poza tym tiyanak to nazwa stwora, tak jak strzyga czy wampir, więc piszemy go małą literą i odmieniamy: o tiyanaku. Tytuł może zostać wielką literą.
Legenda się zgadza: w wersji katolickiej to dusze dzieci zmarłych przed chrztem, w nowszej dzieci usuniętych, wabi płaczem w dżungli: https://en.wikipedia.org/wiki/Tiyanak
„Wędrowcy” w liczbie mnogiej, potem „wędrowiec”, potem „zeń” (z niego) i „ofiary” w mnogiej. Ujednoliciłam.
Dodałam branie na ręce, bo tak jest w legendzie (stwór przemienia się, kiedy ktoś go podniesie), a potem dokładnie to robi Szymon. Wtedy ostrzeżenie Jin zapowiada śmierć, a nie tylko opowiada ciekawostkę.
I drugi cudzysłów w powietrzu w tekście. U Marka to był gest postaci, u Jin to już maniera autorki.
„To legenda” w mianowniku. Zapis „Smok wawelski” jest pół na pół. W tekstach o legendzie przeważa „smok wawelski” (tak pisze też sam Zamek Królewski na Wawelu), ale jeśli chcesz traktować go jako imię, to „Smok Wawelski”. Zmieniłam na małe, decyzja Twoja.
Merytorycznie Marek się myli, i to może być fajne. Słowianie mieli prawie dokładny odpowiednik tiyanaka, czyli porońca, demona z duszy dziecka zmarłego bez chrztu: https://en.wikipedia.org/wiki/Poroniec. Jin mogłaby się zdziwić, że Polak tego nie zna. Albo Szymon by wiedział, w końcu jest dziennikarzem.
„Mark” jest świetne: Jin mówi do nich po angielsku i tak go woła. Zostawić.
Filipinka mówi tak o rodakach obcym turystom? Brzmi protekcjonalnie, a do tego niezgodnie z faktami: według tamtejszego urzędu statystycznego w 2019 r. czytać i pisać umiało 94 na 100 Filipińczyków: https://psa.gov.ph/statistics/education-mass-media/node/163329. Może: „Tu na wsiach ludzie wciąż żyją po staremu”.
Zostawić. Bardzo dobre zakończenie wpisu.
Rok czytelnik już zna, a zapisany słownie w narracji („dwa tysiące dwudziestego drugiego”) brzmi jak protokół.
Ale ważniejsze: co jest na tych „kilku stronach”? Czytelnik umiera z ciekawości, a narrator je pomija. To najcenniejszy materiał w całym tekście, czyli ostatnie dni ojca jego własnymi słowami. Może płacz słyszany już wcześniej, w nocy?
„Kurz nie miał urlopu” – zostawić.
Imiesłów: wychodziło, że to krew sprawiała wrażenie przezroczystej.
Wszy usunęłam z premedytacją. Zaraz padnie wiadomość o śmierci ojca, a czytelnik w tym momencie się uśmiecha. Do tego to już trzecia blada twarz w tekście (Jin, Marek, za chwilę matka).
„Ci”, „Cię” wielką literą tylko w listach. W dialogu małą (poprawiam też niżej bez komentarza).
Ponaglić może dopiero, kiedy on zwleka. Poza tym „ponagliła go” wraca kilka akapitów niżej.
Nagły skok w czas teraźniejszy. Jeśli to zabieg, musi objąć całą scenę, nie jeden akapit.
Dziecięca „mama” w środku dorosłej narracji – bardzo dobre.
Tylko że w tym miejscu narrator wychodzi z pokoju, a my dostajemy dalszą rozmowę słowo w słowo, z myślami Marka włącznie. Skąd Hubert to wie? Matka mu to opowiedziała? Wtedy wystarczy jedno zdanie („Resztę znam z opowieści matki” albo „podsłuchiwałem pod drzwiami”).
„Przekazywać ci te informacje” brzmi jak komunikat z urzędu, a nie jak przyjaciel, który przekazuje wdowie wiadomość o śmierci męża.
Tu się rozjeżdża. Przed chwilą Marek mówi, że poszli do dżungli, stracili poczucie czasu i nagle usłyszeli płacz. A teraz „po południu pojechaliśmy na poszukiwania”. Czyli usłyszeli płacz, wrócili do auta, a później przyjechali jeszcze raz? To trzeba rozstrzygnąć.
Jedna wstawka narratora w wypowiedzi wystarczy. Drugie „w pewnym momencie” w tej samej kwestii.
Ryzyko, że mogą – to podwójne. A Marek w szoku nie mówi „istniało ryzyko”.
Dziecko, a więc „ono”, a tu nagle „on”. Ujednoliciłam do rodzaju nijakiego (także niżej). Jeśli „on” jest celowy, bo stwór przestaje być dzieckiem, to niech Marek się na tym potknie, inaczej czytelnik uzna to za błąd.
I pytanie, które czytelnik zada na pewno: a co w tym czasie robił Marek? Stał i patrzył, jak demon bawi się jelitami przyjaciela? Uciekł? Jak przeżył? Co z ciałem, policją, ambasadą? Bez tej odpowiedzi cała scena wisi w powietrzu. A gdyby Marek opowiedział wdowie o jelitach, to Gosia wyrzuciłaby go raczej za to niż za wyjazd. Szerzej w recenzji.
Nie przerwał, ona skończyła. A nadzieja Marka to jego myśl, której narrator (dziecko w drugim pokoju) nie może znać.
Którzy dziadkowie? Jeśli rodzice ojca, to szukają syna. I pytanie o realia: śmierć cudzoziemca na Palawanie to policja, ambasada RP w Manili, dokumenty. Rodzina dowiedziałaby się oficjalnie, nie tylko od Marka. A może Marek zgłosił tam zaginięcie, bo kto by uwierzył w demona? Wtedy „zaginął” byłby wersją oficjalną, a matka znałaby tę drugą. To by spinało całość.
Do lasu? Przez cały tekst była dżungla. I skąd Hubert wie, do którego? Marek miał zakaz wstępu, dziennik kończy się przed śmiercią. Jedno zdanie (mapa w dzienniku? Marek po latach?) i finał będzie się trzymał.
A zakończenie samo w sobie jest dobre, zostawić. Pomysł do rozważenia: według legendy przed tiyanakiem chroni wywrócenie ubrania na lewą stronę. Hubert ma w pudełku koszulkę ojca…